Virus

#9307 15 lip 2015, 3:21

Miałem nadzieję.
 Dłonie drżały, kiedy pochłonięty resztkami wiary odkopywałem ostatnie części gruzu. Nie przejmowałem się otarciami, szczypaniem i drobnymi rankami, które pozostawiały krwawe smugi na kamieniu. Od trzech dni nic nie jadłem. Skręcało mnie z głodu, organizm słabł, odmawiał funkcjonowania. Boże, boże, boże... błagam. Niech coś tu będzie, cokolwiek.
 To stało się tak nagle. A przynajmniej ludzkość tak sobie to tłumaczyła... że nie mieli czasu, aby się przygotować, nie mieli czasu, aby znaleźć odpowiednie schrony, zebrać zapasy. Gówno prawda. Wiedzieli. Świat wiedział. Rządy wiedziały. Ja wiedziałem. Coś było nie tak z naszą planetą. Coś się zmieniało. Z każdym rokiem robiło się cieplej, trzęsienia ziemi były częstsze, tsunami zalewały coraz to nowsze rejony. Świat umierał. Rząd milczał.
 Usiadłem ciężko na ziemi – niczego nie odnalazłem pod gruzami. Wsuwając palce w brudne i posklejane włosy chciałem płakać. Krzyczeć. Walić pięściami. Ale nie miałem sił. Byłem sam. Sam w zupełnie nowym, martwym świecie. Zadarłem głowę do góry wpatrując się w pomarańczowe od pyłu niebo. Byłem na zmianie, kiedy ziemia pękła i ze szpary wylała się magma, niszcząc moje miasto. W nudnej pracy, do której każdego dnia wstawałem niechętnie. Teraz oddałbym każdy skarb, żeby wrócić do tamtego czasu. Starczyłaby tylko dodatkowa chwila, by poczuć to proste, beztroskie życie.
Trzask.
 Usłyszałem za sobą warczenie, które wywołało dreszcze na całym ciele. Nie musiałem się oglądać, aby wiedzieć, co to. Zresztą, nawet nie miałem energii. Zapomniałem... zapomniałem o najważniejszym. Gdy opadły popioły, coś jeszcze zaczęło zabijać. Niewidoczne na pierwszy rzut oka, podstępne. W gardle ugrzązł mi śmiech. Ten pierdolony wirus X...
 Zamknąłem oczy. Bestia się zbliżała.
 Cholerny wirus, który...

 Nabrałem powietrza, szeroko otwierając powieki. Gwałtowny zryw wywołał dreszcz. Warczenie, które wciąż zalegało mi w uszach, stało się niskie, gardłowe. Cichło jak pomruk maszyny, której odcięto zasilanie. Kolejny haust. Wraz z nim do krtani wpłynęła ślina; czułem miedź. Szczęki mnie bolały...
 Ślizgając się na powierzchni poderwałem się do pionu. Ręce stuliłem w pięści. Na ziemię skapnęło kilka kropel. Nieważne. Wszystko wchłonie gleba.
 Boże... od trzech dni nic nie jadłem.
 Przykro mi.
 Znów zapragnąłem zawyć, ale nie potrafiłem. Stałem więc i patrzyłem na rozszarpane szczątki leżące u mych stóp... i na rozbryzg krwi. Prezentował się jak wachlarz po chluśnięciu farbą na podłogę, ale nie był tylko farbą, oczywiście, że nie. Tak bardzo mi przykro...


ODPOWIEDZ ]