Dzień [nieokreślony]
Kolejna doba w betonie. Sztuczne słońce ledwo zipie, ale lepsze to niż nic. Dzieciaki, jak zwykle, wiercą się jak opętane. Młody ciągle pyta o to, co jest "na górze". Jakby to miało jakieś znaczenie. Powiedziałam mu, żeby nie zawracał mi głowy, ale prawda jest taka, że sama chciałabym wiedzieć. Opady… jakbyśmy już nie mieli dość gówna.
Praca w fabryce talerzy. Talerze to wszystko, co robimy — okrągłe, kwadratowe, podłużne, dla kurwa twojej ciotki i męża, który roztrzaska ci szkło na głowie. Przynajmniej jest jakaś robota, a talony żywnościowe to podstawa. Macierz dba, żebyśmy nie umarli z głodu, ale czasem mam wrażenie, że to już z przyzwyczajenia, nie poczciwości.
Ostatnio coraz więcej mówi się o Roju. Te cholerne blizny, jak plastry miodu, u niektórych... przerażające. Mówią, że tamci słyszą głosy, że mają wspomnienia innych. Zaczęłam się zastanawiać, czy to prawda. I ta zaraza, którą przenoszą… kontakt z nimi to śmierć. Chcą nas zniszczyć, to pewne. Ronan mówi, że niektórzy z nich niby pomagają, ale nie ufam.
Zaczynam się zastanawiać, czy naprawdę jesteśmy bezpieczni. Tutaj. Na dole. Kto wie, co jeszcze czai się w ziemi. I czy te rury z wodą geotermalną wystarczą, żeby odgrodzić nas od tego gówna.
Dzisiaj widziałam, jak chłopak z grupy polującej na Rój wracał z akcji. Wyglądał jak cień, praktycznie martwy. To nasza przyszłość. Nic innego. Ale ja nie poddam się tak łatwo. Moje dzieci muszą żyć, nawet pośrodku piekła.
Nielegalne panele słoneczne... Słyszałam, że ktoś to ogarnia. Może jutro sprawdzę. Odrobina dodatkowego światła nie zaszkodzi.
Koniec. Muszę iść spać. Jutro znowu do roboty. Jebane talerze.
Kolejna doba w betonie. Sztuczne słońce ledwo zipie, ale lepsze to niż nic. Dzieciaki, jak zwykle, wiercą się jak opętane. Młody ciągle pyta o to, co jest "na górze". Jakby to miało jakieś znaczenie. Powiedziałam mu, żeby nie zawracał mi głowy, ale prawda jest taka, że sama chciałabym wiedzieć. Opady… jakbyśmy już nie mieli dość gówna.
Praca w fabryce talerzy. Talerze to wszystko, co robimy — okrągłe, kwadratowe, podłużne, dla kurwa twojej ciotki i męża, który roztrzaska ci szkło na głowie. Przynajmniej jest jakaś robota, a talony żywnościowe to podstawa. Macierz dba, żebyśmy nie umarli z głodu, ale czasem mam wrażenie, że to już z przyzwyczajenia, nie poczciwości.
Ostatnio coraz więcej mówi się o Roju. Te cholerne blizny, jak plastry miodu, u niektórych... przerażające. Mówią, że tamci słyszą głosy, że mają wspomnienia innych. Zaczęłam się zastanawiać, czy to prawda. I ta zaraza, którą przenoszą… kontakt z nimi to śmierć. Chcą nas zniszczyć, to pewne. Ronan mówi, że niektórzy z nich niby pomagają, ale nie ufam.
Zaczynam się zastanawiać, czy naprawdę jesteśmy bezpieczni. Tutaj. Na dole. Kto wie, co jeszcze czai się w ziemi. I czy te rury z wodą geotermalną wystarczą, żeby odgrodzić nas od tego gówna.
Dzisiaj widziałam, jak chłopak z grupy polującej na Rój wracał z akcji. Wyglądał jak cień, praktycznie martwy. To nasza przyszłość. Nic innego. Ale ja nie poddam się tak łatwo. Moje dzieci muszą żyć, nawet pośrodku piekła.
Nielegalne panele słoneczne... Słyszałam, że ktoś to ogarnia. Może jutro sprawdzę. Odrobina dodatkowego światła nie zaszkodzi.
Koniec. Muszę iść spać. Jutro znowu do roboty. Jebane talerze.