Serpens

ODPOWIEDZ ]
Awatar użytkownika

#63206 02 lis 2025, 18:05

Obrazek
Serpens
Exordium
Prolog
Obrazek
Nie wiem, czy to, co piszę, kiedykolwiek trafi w czyjeś ręce, i szczerze mówiąc - nie jestem pewien, czy tego chcę. Być może to tylko mój sposób na pogodzenie się z czymś, co zaczyna znów wyłaniać się z cienia, powracające przeczucie, że to, co kiedyś się wydarzyło, wcale się nie skończyło, lecz po prostu przycichło, skryło się gdzieś głęboko, czekając na dogodny moment. Przez wiele lat unikałem wspomnień, udawałem, że to za mną, że świat wrócił do normy, że możemy po prostu żyć dalej. Ale niektórych rzeczy nie da się zakopać na zawsze, zwłaszcza gdy z każdej strony zaczynają pojawiać się znajome znaki - subtelne, niemal niedostrzegalne dla tych, którzy nie wiedzą, gdzie patrzeć.

Dwadzieścia lat temu ten świat, nasz świat, runął. Mugole mieli swoją wojnę, wielką, hałaśliwą i pełną tragicznych ofiar, ale my, czarodzieje, toczyliśmy własną walkę, mniej widoczną, ukrytą pod warstwami tajemnicy, z dala od gazet i mundurów, a jednak równie bolesną i przerażającą. To była wojna idei, wojna przekonań, w której nie dało się łatwo rozpoznać dobra ani zła, bo zbyt często mieszały się ze sobą. Gellert Grindelwald nie był potworem w klasycznym sensie - był charyzmatycznym liderem, który obiecywał porządek.

Dumbledore go pokonał. Widzieliśmy to, choć nieliczni z bliska. Mówią, że ich pojedynek przeszedł do historii, ale niewielu rozumie, co to naprawdę znaczyło. Grindelwald został zamknięty w Nurmengardzie, a świat ogłosił pokój. Ale to nie był pokój - to była cisza. I jak każda cisza po wojnie, nie była trwała.

Teraz, w marcu 1962 roku, wszystko zaczyna brzmieć znajomo. Nobby Leach, mugolak, został Ministrem Magii. Słowa o honorze, o porządku, o potrzebie przywrócenia równowagi. Nie jestem już naiwny - wiem, że każde takie zdanie niesie za sobą ciężar.

Tom Riddle. To imię z czasem wyblakło. Ale ludzie zaczynają szeptać inne - Voldemort. I nie chodzi wcale o osobę. Chodzi o coś, co rośnie gdzieś obok, jak cień. Nazywają się Śmierciożercami. Mówią to głośniej z każdym tygodniem. Sami przyszli. Nie wiem, co się za tym wszystkim kryje. Ale wiem, że zaczynamy przestawiać meble, jakbyśmy spodziewali się gościa.

Najgorsze w tym wszystkim nie jest to, co nadchodzi - tylko to, jak łatwo znów chcemy wierzyć, że tym razem będzie inaczej.
Obrazek




Awatar użytkownika

#63316 24 sty 2026, 11:45

Obrazek
Serpens
Genesis
Rozdział I
Obrazek
Nie potrafię powiedzieć, w którym momencie poczułem, że to zaprzysiężenie nie jest początkiem, lecz ostrzeżeniem. Być może wtedy, gdy rozejrzałem się po Ogrodzie przy Middle Temple i zobaczyłem w twarzach zgromadzonych ludzi coś więcej niż ciekawość - napięcie, którego nie dało się już ukryć pod uprzejmymi uśmiechami. A może dopiero później, gdy próbowałem odtworzyć ten dzień w pamięci i zrozumiałem, że najwięcej miejsca zajmuje w nim cisza. Zbyt długa i zbyt gęsta, by była przypadkowa.

Miało być spokojnie. Uroczyście. Symbolicznie. Nowy Minister, nowy rozdział, świat, który wreszcie decyduje się ruszyć dalej. Nobby Leach stał pośrodku ogrodu niczym znak zmiany. Mugolak. Minister Magii. Dla wielu dowód postępu. Dla innych sygnał, że coś zostało naruszone i skruszone pod butem ministerialnych ustaw. Gdy uniósł różdżkę, zapadła cisza tak czysta, że aż nienaturalna. Cisza, w której słyszy się własne myśli i nagle ma się wrażenie, że one również nie są bezpieczne. Zapowiedź czegoś nowego. Choć nie byłem pewien, czy właśnie na to wszyscy czekaliśmy.

Nie wiem, czy Grindelwald pojawił się nagle, czy był tam już wcześniej, a my po prostu nie chcieliśmy go dostrzec. Wiem tylko, że w jednej chwili ceremonia przestała należeć do Ministra. Stał między nami z tą samą pewnością, którą pamiętam sprzed lat - spokojny, opanowany, niemal serdeczny. Wyśmiewał Leacha bez krzyku i bez gniewu, wypowiadając na głos to, co od dawna kotłowało się w wielu głowach. Mówił o porządku. O sile. O odpowiedzialności, której nie można odkładać w nieskończoność, licząc, że świat sam się ułoży. A gdy wspomniał o większym dobru, poczułem znajomy ucisk w żołądku. Nie dlatego, że te słowa brzmiały groźnie, lecz dlatego, że były aż nazbyt znajome. Wiedziałem, dokąd już raz nas zaprowadziły. Sztandary Ministerstwa zaczęły się zmieniać. Kolory gasły, symbole traciły znaczenie, aż w końcu pozostał tylko jeden znak - Insygnia Śmierci. Nie wiem, czy był to atak, demonstracja siły, czy zaproszenie skierowane do tych, którzy wciąż się wahali. Wiem tylko, że cel został osiągnięty. Grindelwald zawsze pozostawiał po sobie nie ruinę, a jedynie pęknięcie.

Orędzie Ministra pojawiło się niedługo później. Mówił o kontroli, o porządku, o procedurach. Magiczna Policja przekazała zalecenia, które już wcześniej słyszałem. Informacje dostarczane wyłącznie oficjalnymi kanałami, żadnych plotek, żadnych samodzielnych działań. Szkoły i instytucje miały funkcjonować normalnie - choć „normalnie” zaczęło znaczyć coś znacznie innego niż dotąd. Nikt nie mówił o strachu. A jednak wszyscy zaczęliśmy go odczuwać. To znajome napięcie wróciło szybciej, niż się spodziewałem. Myślałem, że zamknęliśmy ten rozdział na dobre.

Kilka dni później rozmawiałem z sąsiadem. Znamy się od lat, wymieniamy uprzejmości, nic więcej. Tym razem powiedział mi, że od kilku nocy odnawia zaklęcia ochronne w progu swego domu, choć wcześniej robił to odruchowo, bez zastanowienia. Teraz sprawdza je po dwa razy, jakby sama świadomość, że są na miejscu miała go uspokajać. Powiedział, że podczas wojny z Grindelwaldem też tak było - ludzie nie tyle wzmacniali domy, co upewniali się, że granice wciąż istnieją. Że są bezpieczni. Uśmiechnął się, ale w jego oczach nie było nic z żartu.

Zacząłem dostrzegać podobne drobiazgi u innych. W pubie niedaleko Holborn ktoś wspominał półgłosem kontrole i znikających sąsiadów. Ktoś młodszy odpowiedział, że wtedy przynajmniej był porządek, że świat wiedział, w którą stronę zmierza. Rozmowa ucichła niemal natychmiast, jakby wszyscy zrozumieli, że powiedział o jedno zdanie za dużo.

Byłem ostatnio w Kent. Spokój, pola, cisza. A jednak nawet tam słychać było szepty. Takie jak te o mugolach, którzy „wyjechali”. O znakach widzianych nocą nad drogą. O tym, że ludzie zaczęli nosić przy sobie stare talizmany, takie, o których nikt wcześniej nie pamiętał, a które nagle znów okazały się potrzebne. Podobne rozmowy słyszałem w Yorkshire i w Essex - różne miejsca, te same lęki.

Są też tacy, którzy mówią wprost, że właśnie tego chcieli. Że Ministerstwo było zbyt miękkie, zbyt ostrożne, zbyt zajęte utrzymywaniem pozorów. Mówią to spokojnie, bez gniewu. I to właśnie wydaje mi się najbardziej niepokojące.

Ci, którzy pamiętają wojnę, milczą częściej. Widzę to po ich twarzach. Po tym, jak szybciej kończą rozmowy, jak poprawiają zaklęcia ochronne nawet wtedy, gdy nie ma ku temu wyraźnego powodu. Wiedzą, jak to się zaczyna. I wiedzą też, że najgorsze nigdy nie przychodzi od razu.

Coraz częściej słyszę o Akolitach. O tych, którzy nigdy naprawdę nie zniknęli. Przez lata byli cierpliwi, wtopieni w codzienność, przekonani, że historia jedynie wstrzymała oddech. Dla nich pojawienie się Grindelwalda nie było powrotem - było jedynie potwierdzeniem.

A obok tego wszystkiego zaczęło wyłaniać się coś nowego. Coś, co nie miało twarzy przeszłości.

Śmierciożercy przestali być plotką. Zaczęli być obecnością. Znikający mugole, a wraz z nimi pojawiający się coraz częściej na niebie znak - czaszka i wąż, wyraźne aż do bólu. Ministerstwo milczy. Aurorzy działają. A ja coraz częściej czuję, że to, co naprawdę istotne, dzieje się gdzieś obok, poza zasięgiem oficjalnych słów.

Dumbledore również milczy. Ale z każdym dniem coraz wyraźniej mam wrażenie, że to milczenie zaczyna się zmieniać. Jakby ktoś, kto przez długi czas pozostawał w cieniu, nagle zrozumiał, że nie może już pozwolić sobie na bezruch. Nie występuje publicznie, nie zabiera głosu w Ministerstwie, nie próbuje uspokajać nastrojów. Zamiast tego zaczyna działać w sposób, który łatwo przeoczyć, jeśli nie wie się, gdzie patrzeć. Słyszałem, że zaczyna się kontaktować z ludźmi, którym ufa. Nie bezpośrednio, nie zawsze osobiście. Nie są to wezwania ani ostrzeżenia. Raczej ciche, konkretne prośby. By ktoś przyjrzał się czemuś, co zostało zbyt łatwo uznane za zbieg okoliczności. By ktoś sprawdził nazwisko, które powtarza się zbyt często, by było przypadkiem. By ktoś podsłuchał rozmów prowadzonych tam, gdzie aurorzy się nie zapuszczają. Czasem chodzi tylko o potwierdzenie, że coś rzeczywiście się wydarzyło. Czasem o to, by nie pozwolić, żeby zostało przeoczone lub wymazane. Nie mówi o wojnie. Przynajmniej jeszcze nie. Ale wyczuwa się w tym potrzebę przygotowania się na coś, czego dotychczasowy porządek może nie udźwignąć.

Mam wrażenie, że wokół niego powoli zaczyna się formować coś nowego - jeszcze bez nazwy, bez wyraźnej struktury. Ludzie, którzy niekoniecznie chcą walczyć, ale nie potrafią też dłużej udawać, że nie widzą. Tacy, którzy pamiętają poprzednią wojnę na tyle dobrze, by rozumieć, że sama wiedza raczej nie wystarcza. I tacy, którzy jej nie pamiętają, ale czują, że to właśnie teraz decydują, po której stronie będą stać.

A ja zauważam zmiany w sobie. Sprawdzam ochronne zaklęcia, choć jeszcze niedawno robiłem to bezmyślnie. Układam przedmioty tam, gdzie zawsze były, jakby ich obecność miała znaczenie. Noszę przy sobie stare talizmany. Nie wiem, co się wydarzy.

Wiem tylko, że to wszystko już trwa, a my dopiero uczymy się na to patrzeć.
Obrazek




ODPOWIEDZ ]