
Serpens
Nie wiem, czy to, co piszę, kiedykolwiek trafi w czyjeś ręce, i szczerze mówiąc - nie jestem pewien, czy tego chcę. Być może to tylko mój sposób na pogodzenie się z czymś, co zaczyna znów wyłaniać się z cienia, powracające przeczucie, że to, co kiedyś się wydarzyło, wcale się nie skończyło, lecz po prostu przycichło, skryło się gdzieś głęboko, czekając na dogodny moment. Przez wiele lat unikałem wspomnień, udawałem, że to za mną, że świat wrócił do normy, że możemy po prostu żyć dalej. Ale niektórych rzeczy nie da się zakopać na zawsze, zwłaszcza gdy z każdej strony zaczynają pojawiać się znajome znaki - subtelne, niemal niedostrzegalne dla tych, którzy nie wiedzą, gdzie patrzeć.
Dwadzieścia lat temu ten świat, nasz świat, runął. Mugole mieli swoją wojnę, wielką, hałaśliwą i pełną tragicznych ofiar, ale my, czarodzieje, toczyliśmy własną walkę, mniej widoczną, ukrytą pod warstwami tajemnicy, z dala od gazet i mundurów, a jednak równie bolesną i przerażającą. To była wojna idei, wojna przekonań, w której nie dało się łatwo rozpoznać dobra ani zła, bo zbyt często mieszały się ze sobą. Gellert Grindelwald nie był potworem w klasycznym sensie - był charyzmatycznym liderem, który obiecywał porządek.
Dumbledore go pokonał. Widzieliśmy to, choć nieliczni z bliska. Mówią, że ich pojedynek przeszedł do historii, ale niewielu rozumie, co to naprawdę znaczyło. Grindelwald został zamknięty w Nurmengardzie, a świat ogłosił pokój. Ale to nie był pokój - to była cisza. I jak każda cisza po wojnie, nie była trwała.
Teraz, w marcu 1962 roku, wszystko zaczyna brzmieć znajomo. Nobby Leach, mugolak, został Ministrem Magii. Słowa o honorze, o porządku, o potrzebie przywrócenia równowagi. Nie jestem już naiwny - wiem, że każde takie zdanie niesie za sobą ciężar.
Tom Riddle. To imię z czasem wyblakło. Ale ludzie zaczynają szeptać inne - Voldemort. I nie chodzi wcale o osobę. Chodzi o coś, co rośnie gdzieś obok, jak cień. Nazywają się Śmierciożercami. Mówią to głośniej z każdym tygodniem. Sami przyszli. Nie wiem, co się za tym wszystkim kryje. Ale wiem, że zaczynamy przestawiać meble, jakbyśmy spodziewali się gościa.
Najgorsze w tym wszystkim nie jest to, co nadchodzi - tylko to, jak łatwo znów chcemy wierzyć, że tym razem będzie inaczej.
Dwadzieścia lat temu ten świat, nasz świat, runął. Mugole mieli swoją wojnę, wielką, hałaśliwą i pełną tragicznych ofiar, ale my, czarodzieje, toczyliśmy własną walkę, mniej widoczną, ukrytą pod warstwami tajemnicy, z dala od gazet i mundurów, a jednak równie bolesną i przerażającą. To była wojna idei, wojna przekonań, w której nie dało się łatwo rozpoznać dobra ani zła, bo zbyt często mieszały się ze sobą. Gellert Grindelwald nie był potworem w klasycznym sensie - był charyzmatycznym liderem, który obiecywał porządek.
Dumbledore go pokonał. Widzieliśmy to, choć nieliczni z bliska. Mówią, że ich pojedynek przeszedł do historii, ale niewielu rozumie, co to naprawdę znaczyło. Grindelwald został zamknięty w Nurmengardzie, a świat ogłosił pokój. Ale to nie był pokój - to była cisza. I jak każda cisza po wojnie, nie była trwała.
Teraz, w marcu 1962 roku, wszystko zaczyna brzmieć znajomo. Nobby Leach, mugolak, został Ministrem Magii. Słowa o honorze, o porządku, o potrzebie przywrócenia równowagi. Nie jestem już naiwny - wiem, że każde takie zdanie niesie za sobą ciężar.
Tom Riddle. To imię z czasem wyblakło. Ale ludzie zaczynają szeptać inne - Voldemort. I nie chodzi wcale o osobę. Chodzi o coś, co rośnie gdzieś obok, jak cień. Nazywają się Śmierciożercami. Mówią to głośniej z każdym tygodniem. Sami przyszli. Nie wiem, co się za tym wszystkim kryje. Ale wiem, że zaczynamy przestawiać meble, jakbyśmy spodziewali się gościa.
Najgorsze w tym wszystkim nie jest to, co nadchodzi - tylko to, jak łatwo znów chcemy wierzyć, że tym razem będzie inaczej.



